wtorek, 14 czerwca 2016

Żyj odważnie! (recenzja filmu "Zanim się pojawiłeś")



Wierzę w to, że każdego człowieka spotykamy po coś. Niektóre rzeczy, których się uczymy, nie są wielkie ani podniosłe. Dobrze przecież dowiedzieć się, który smak Liptona jest najlepszy, albo która herbata liściasta pachnie najpiękniej. Od innych uczymy się cierpliwości albo radości z każdej chwili. Czasami, często tylko raz na całe życie, pojawia się na naszej drodze ktoś, kto zostawia ślad. Pokazuje, jak żyć, uczy, jak żyć i jak jedynego życia, które mamy, nie zmarnować. I właśnie takiego człowieka poznaje Lou, główna bohaterka filmu Zanim się pojawiłeś.




Wzory, kolory i granatowe buty z kokardą to znak rozpoznawczy Louisy Clark. Lou mieszka w małym miasteczku, pracuje w kawiarni i uwielbia swoje życie. Pewnego dnia zostaje zwolniona i tym samym zmuszona, by znaleźć sobie nowe zajęcie. Po wielu próbach zostaje opiekunką Willa Traynora. Will był odnoszącym sukcesy bankierem, który w bardzo młodym wieku został sparaliżowany. Po wypadku, do tej pory korzystający z życia chłopak, zamknął się w sobie - nie utrzymuje kontaktu z przyjaciółmi, rozstaje się z dziewczyną i nie wychodzi z domu. Powoli jednak radość i optymizm Lou wkradają się do świata Willa i na nowo uczą go, że życie może być piękne.

Pewnego dnia Lou podsłuchuje rozmowę rodziców Willa i jej świat rozpada się na kawałki. Dowiaduje się, że ten chłopak, który właśnie zaczął się uśmiechać, który chodzi z nią na spacery, chce umrzeć.






Film podobał mi się bardzo. Przepłakałam pół seansu - od czerwonej sukienki. Ci, którzy już oglądali, będą wiedzieć :) Drugie pół się śmiałam. Na co warto zwrócić uwagę, jeśli chodzi o sam film? Przede wszystkim piękne widoki. Urokliwe miasteczko, a na jego obrzeżach niesamowity zamek, który jest tłem dla tak wielu ważnych rozmów. Sceny kręcone na Hawajach dodały rajskiego elementu. Największe wrażenie robi jednak gra Sama Claflina, który wciela się w rolę sparaliżowanego Willa. Aktor używa jedynie swojej twarzy. Jego mimika, oczy, uśmiech mówią wszystko. Uważam, że naprawdę dał z siebie wszystko i świetnie wcielił się w tak trudną rolę. Z kolei Emilia Clarke jak dla mnie jest aż za bardzo plastyczna i niektóre jej miny były odrobinę denerwujące. To jednak jedyny zarzut, jaki mam do tego filmu. 

To nie jest kolejna komedia romantyczna, która ma zakończenie jak z bajki. I uwierzcie mi, ogromnie jestem zawiedziona, że tak nie jest. Jednak dzięki temu ta historia jest inna. Podsuwa zupełnie inne myśli i zmusza do zastanowienia się, co my byśmy zrobili w takiej sytuacji. Co bym myślała o sobie, gdybym nie mogła sama jeść, sama się wykąpać czy sama upiec swoje ulubione ciasto? Czy pogodziłabym się z tą sytuacją i chciała się dostosować? Czy miałabym w swoim życiu człowieka, który tak jak Lou chciała uratować życie Willa, chciałby uratować moje? Tak, to jest kolejna historia o miłości, ale tak inna niż pozostałe. I choć przez cały film mamy wrażenie lub myślimy, że to Lou walczy o Willa, to na koniec okazuje się, że to on uratował jej życie.

To Will przypomniał jej, że życie jest jedno i że nie można rezygnować z marzeń. To on namówił ją do zwiedzania świata. Zmusił, by wyjechała z małego miasteczka i poświęciła się swojej pasji. Pokazał, że świat trzeba odkrywać i się nim cieszyć. Udowodnił, że można nie zgadzać się z życiem. Nauczył żyć odważnie i dobrze. Po prostu żyj - napisał jej w liście.








1 komentarz :

  1. ...Po prostu żyj - napisał w liście do zakochanej w nim dziewczyny facet, który właśnie postanowił zakończyć własne życie. Czy to nie ironia? Obejrzałem ten film i po zakończeniu pomyślałem "tak właśnie potrafią kochać faceci" ale coś mi nie grało zwłaszcza, że książkę i scenariusz napisały kobiety. Obraz jest mocny, zapadający głęboko ale czy faktycznie niesie pozytywny przekaz? Czy czasem wśród tych mocno pozytywnych emocji jakie wywołuje nie woła do nas: "masz prawo zdecydować o swojej śmierci" nie ważne, że masz środki, ludzi wokół i miłość jeśli nie chcesz nie musisz żyć.

    OdpowiedzUsuń